Do USA nic nie mam, naprawdę. Ale to, że nie przeszkadza mi, że taki kraj istnieje nie powinien chyba oznaczać, że o tak barbarzyńskiej godzinie jak 8:30 muszę siedzieć na wybitnie niewygodnym krzesełku ze zdecydowanie zbyt małym blatem i słuchać o jego historii? Frekwencja na wykładzie (5 z 65 osób na kierunku) chyba oznacza, że mam rację, ale P. z jej pękającymi plecami kłującymi mnie po oczach zdaje się twierdzić inaczej. Profesor S. i wkurw na jego twarzy (pewnie wynikający z tejże frekwencji) podobnie.
I jedyne co mnie ratuje to również wkurwiona A. rzucająca (przekomiczne chwilami!) wkurwione komentarze i butelka Burna.
ps. no i te żarty profesora S....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz